Witajcie :-)
Jakoś nie idzie mi dzisiaj pisanie posta, więc będzie krótko, chyba. Od jakiegoś czasu podziwiam na innych blogach np naszej Papierolki, piękne zdjęcia w lawendą w roli głównej. Głównie zapatrzyłam się na lawendowe wrzeciona i zapragnęłam takowe mieć, poczuć ten zapach rozchodzący się po domu, albo dochodzący z otwieranej w zimie szafy. Bardzo chciałam. A jak wiecie, chcieć to móc, więc posadziłam lawendę w ogrodzie i na tym skończyła się sielanka, bo jakoś nie chciała rosnąć, marniała, albo przemarzała w zimie, albo usychała (pomimo podlewania), ale ja uparcie sadziłam nowe krzaczki, zmieniałam im miejsce, ufając że będzie bardziej odpowiednie. I …. udało się, mam w tym roku lawendowe żniwa :-)
Nie są to może jakieś nadzwyczaj urodziwe krzaczki, ale lawenda jest cudna i nieziemsko pachnie :-) W zeszłym tygodniu urządziłam cięcie, a potem się delektowałam tym zapachem, także zmieszanym z aromatem kawy, który również uwielbiam :-)
Potem zabrałam się za plecenie moich wymarzonych fusetek. Nie jest to trudne, ale cierpliwości wymaga, a ku mojemu zaskoczeniu lawenda bardzo szybko wysychała i strasznie gubiła kwiatki:
Postanowiłam więc zmienić technikę i powiązałam odliczone pędy lawendy i włożyłam do wody. Trochę to przedłużyło ich "żywotność" ale następnym razem, będę cięła sukcesywnie.
Część lawendy od razu powędrowała do ludzi (zdradzę, że będą rewelacyjne domowe mydełka), a część została zapleciona w grubsze i cieńsze wrzeciona. Te grubsze zdecydowanie bardziej mi się podobają i następnym razem tylko takie będę robić.
i to znowu nie wszystkie, ale tylko te się załapały do zdjęć. A resztki lawendy zostały skrzętnie zebrane do woreczka, bo nic nie może się zmarnować :-)
Jestem niezmiernie zadowolona, że się w tym roku udało zebrać moją własną lawendę. Będę walczyć o nią dalej i mam nadzieję, na powtórkę w przyszłym roku.
Na tym kończę, dziękuję za Wasze odwiedziny, pomimo czasu niesprzyjającego siedzeniu przy komputerze, a teraz pozdrawiam serdecznie
do zobaczenia
Justyna
Jakoś nie idzie mi dzisiaj pisanie posta, więc będzie krótko, chyba. Od jakiegoś czasu podziwiam na innych blogach np naszej Papierolki, piękne zdjęcia w lawendą w roli głównej. Głównie zapatrzyłam się na lawendowe wrzeciona i zapragnęłam takowe mieć, poczuć ten zapach rozchodzący się po domu, albo dochodzący z otwieranej w zimie szafy. Bardzo chciałam. A jak wiecie, chcieć to móc, więc posadziłam lawendę w ogrodzie i na tym skończyła się sielanka, bo jakoś nie chciała rosnąć, marniała, albo przemarzała w zimie, albo usychała (pomimo podlewania), ale ja uparcie sadziłam nowe krzaczki, zmieniałam im miejsce, ufając że będzie bardziej odpowiednie. I …. udało się, mam w tym roku lawendowe żniwa :-)
Potem zabrałam się za plecenie moich wymarzonych fusetek. Nie jest to trudne, ale cierpliwości wymaga, a ku mojemu zaskoczeniu lawenda bardzo szybko wysychała i strasznie gubiła kwiatki:
Postanowiłam więc zmienić technikę i powiązałam odliczone pędy lawendy i włożyłam do wody. Trochę to przedłużyło ich "żywotność" ale następnym razem, będę cięła sukcesywnie.
Część lawendy od razu powędrowała do ludzi (zdradzę, że będą rewelacyjne domowe mydełka), a część została zapleciona w grubsze i cieńsze wrzeciona. Te grubsze zdecydowanie bardziej mi się podobają i następnym razem tylko takie będę robić.
i to znowu nie wszystkie, ale tylko te się załapały do zdjęć. A resztki lawendy zostały skrzętnie zebrane do woreczka, bo nic nie może się zmarnować :-)
Jestem niezmiernie zadowolona, że się w tym roku udało zebrać moją własną lawendę. Będę walczyć o nią dalej i mam nadzieję, na powtórkę w przyszłym roku.
Na tym kończę, dziękuję za Wasze odwiedziny, pomimo czasu niesprzyjającego siedzeniu przy komputerze, a teraz pozdrawiam serdecznie
do zobaczenia
Justyna









