środa, 18 lipca 2018

Morskie opowieści :-)

Morskie opowieści :-)
Witajcie :-)
Ostatnio pisałam, że wreszcie pada deszcz i to dobrze dla roślinek, że sucho i że potrzeba. Teraz napiszę, że wody mamy pod dostatkiem i na razie wystarczy. A ponieważ tak zaczęłam od wodnych tematów, to gładko przejdę do większej wody, czyli morza, oceanu itp, czyli zaczynamy morskie opowieści :-) Ja jednak jestem, zwłaszcza ostatnio, monotematyczna i wszystko kojarzy mi się z frywolitką, więc i teraz tak będzie. Zobaczcie zresztą sami, czyż nie są to morskie fale z białymi grzywami na ich szczytach?




Wierzę, że i Wam się tak będzie kojarzył naszyjnik, który przygotowałam na prezent dla blogowej koleżanki, na spotkanie o który pisałam w poprzednim poście. Pierwszy raz sięgnęłam po taką formę wykorzystania frywolitki, ale efekt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. W zasadzie to można by powiedzieć, że to takie frywolne korale. Wzór bardzo prosty (znaleziony TUTAJ), a zamiast koralików wykorzystałam tzw "sieczkę" kryształków, na którą zupełnie nie miałam pomysłu wcześniej, ale doczekała się i dobrze :-)



Korale mierzyłam tak, aby można było nosić jako dość długie, bądź owinąć dwukrotnie




Morski kolor kordonka Lizbeth i delikatność kryształków wymusiła na mnie dołożenie zdecydowanie morskich drobiazgów, więc do łańcuszka przy zapięciu dopięłam zaśniedziałe koło sterowe:


a na organzowym woreczku guzik z kotwicą:



A że w czerwcu w Szufladzie mamy właśnie taki morski temat z kotwicą w tle, to frywolne korale zostają tam wysłane :-)


Mam nadzieję, że naszyjnik się będzie dobrze nosił i będzie przypomnieniem mile spędzonych chwil :-) W zasadzie to powstał jeszcze drugi, ale o tym to może innym razem :-)

Teraz już grzecznie mówię do zobaczenia i lecę podrzucić linka żabie, bo termin do jutra :-)

pozdrawiam serdecznie

Justyna

poniedziałek, 16 lipca 2018

Blogosfera :-)

Blogosfera :-)
Witajcie :-)
Dzisiaj biegnę do Was, aby podzielić się swoją radością z weekendowego spotkania z moimi blogowymi przyjaciółkami :-) Nie jestem pierwsza w publikowaniu posta, więc może już niektóre z Was wiedzą, że pojechałyśmy z Dorotką odwiedzić Olę i Marysię. Mam tyle wrażeń w głowie, że trudno mi nawet to opisać, jak było wspaniale :-)  Spróbuję więc wspomóc się fotkami i zabawić się w reportera. Chciałabym zacząć od przedstawienia naszej ferajny, chociaż dla zachowania prywatności, bo RODO itp widać tyle, ile widać :-)


To teraz może spróbujmy bardziej po kolei. Po radości powitania i nakarmieniu wygłodnialców, poszłyśmy na spacer, gdzie znalazłyśmy zarówno piękno przyrody:



jak i trochę miejskich klimatów


Potem przyszedł czas na wspaniały relaks w Marysinym ogrodzie, gdzie spałaszowałyśmy przepyszną tartę (zgadnijcie kto zjadł najwięcej?) z kawką i winkiem. Jednak najwspanialszą ucztą było wzajemne poznanie się, oglądnięcie i dotknięcie prac, które wcześniej widziałam tylko na blogu.
W tym momencie będę się powtarzać, ale kolejny raz uświadomiłam sobie, że można w realu pierwszy raz spotkać osobę i od razu mieć mnóstwo tematów do rozmów, czuć wspólnotę, niesamowite uczucie (pisałam o tym już TUTAJ i TUTAJ), ale nadal jestem głodna takich spotkań, więc ….

Od Marysi dostałam cudny prezent, a mianowicie pięknie wyhaftowane serduszko: posiłkuję się zdjęciem z Marysinego bloga, bo jeszcze nie zdążyłam zrobić swojego zdjęcia, a nie chcę już wstrzymywać publikacji posta:

 link

Potem przyszedł czas na to co lubimy najbardziej, czyli wspólne tworzenie, wymianę doświadczeń, kręcenie, cięcie, gięcie, bo tematem było liftowanie kartek do zabawy u ANI LINK. Na początek zaczęłyśmy od quillingu, bo Ola dostała zadanie, żeby poznawać nową technikę:


Dnia nam nie starczyło, więc kończyłyśmy rano :-) Zliftowałyśmy kartkę Szefowej. Sesja zdjęciowa też była, więc od razu pokazuję:



Ola zrobiła niezapominajki, Dorotka piękne różowe kwiatki z zieloną obwódką, które nazywam dorotkami, a moją inspiracją były słoneczniczki. A co do liftu to mamy kwiatki połączone z kołem, a u Ani było tak:


A moja kartka wygląda tak:


Potem, w ręce wpadł nam piękny papier, który kupiłam już jakiś czas temu, ale ani ja, ani Dorotka nie miałyśmy na niego pomysłu, więc wielokrotnie go oglądałyśmy, po czym lądował ponownie w pudełku. Natomiast Ola, rzuciła okiem, zachwyciła się i od razy miała "pomysła" i poprowadziła nas jak dzieci. Oczywiście po nadaniu ogólnego trendu, każda dodała swój rys:



Muszę się przyznać, że jestem tymi kartkami zauroczona. A poniżej moja interpretacja:




Styl, który reprezentują te kartki, to Wielka Miłość Oli, czyli "Kazik" :-)))))

A tak w "międzyczasie" to się jeszcze uparłam, że zliftuję kartkę OLI:


i pokombinowałam, z pomocą Dziewczyn:



A z liftu to mamy: trzy paski (te granatowe) i wianek (dmuchawiec) wkomponowany w kwadrat (czyli tę granatową ramkę), a ponieważ Ola się uparła na motylka to jest i takie maleństwo:


Muszę przyznać, że pomimo iż na pierwszy rzut oka, wydaje się to być zupełnie inna kartka, to Autorka pierwowzoru zaakceptowała taki lift. Mam nadzieję, że i nasza Ania zaliczy :-)

Dmuchawcowa i słonecznikowa kartka lądują w kartkowej zabawie LINK


obowiązkowy kolaż:


Dla poprawności reporterskiej wspomnę jeszcze, że wykorzystałyśmy także Oli studio fotograficzne i obfociłyśmy nasze trofea, w pięknych okolicznościach przyrody i drewna wszelakiego :-)


i na zakończenie wszystkie kartki razem:


Wyszedł mi tasiemiec, ale proszę wybaczcie mi, bo emocje mam nadal wielkie z tak miłego spotkania. Dziewczyny bardzo, bardzo Wam dziękuję, za wspólnie spędzone chwile, za każdą minutkę, którą mogłam być z Wami :-), ach już tęsknię…

Czas kończyć, więc mówię do zobaczenia :-)

Justyna

czwartek, 12 lipca 2018

Nareszcie deszcz :-)

Nareszcie deszcz :-)
Witam :-)
U nas nareszcie pada, deszcz jest bardzo potrzebny, chociaż troszkę przeszkadza w robieniu zdjęć :-) Ale przecież dla chcącego i między kropelkami się da, więc zrobiłam kilka fotek i chciałabym Wam je pokazać. To bardzo proszę, oto one:




To teraz już wszystko jasne :-) Zrobiłam komplet według klasycznego już wzoru Coriny Meyfeldt LINK. Koleżanka poprosiła mnie o dodatki biżuteryjne do sukienki w której miała iść na wesele. Termin był bardzo krótki, więc postawiłam na sprawdzony i w mojej ocenie dość efektowny wzór. Sukienka z motywami, bardzo zresztą modnymi w tym sezonie, roślinnymi:


Wydawało mi się, że wachlarze mogą także robić za liście egzotycznej rośliny, np palmy itp. Komplet bardzo się spodobał, co mnie niezmiernie cieszy :-)


To może jeszcze takie ujęcia z moimi eksperymentami z perspektywą :-)



Mam nadzieję, że i Wam się spodoba. Fajnie tak czasami wrócić do starych wzorów, bo takie wachlarze robiłam już w lipcu 2014 TUTAJ i TUTAJ, wow to już cztery lata. Nic to, chyba czas kończyć na dzisiaj :-)

pozdrawiam serdecznie


Justyna

poniedziałek, 9 lipca 2018

Zapatrzyłam się :-)

Zapatrzyłam się :-)
Witajcie :-)
Jakoś nie idzie mi dzisiaj pisanie posta, więc będzie krótko, chyba. Od jakiegoś czasu podziwiam na innych blogach np naszej Papierolki,  piękne zdjęcia w lawendą w roli głównej. Głównie zapatrzyłam się na lawendowe wrzeciona i zapragnęłam takowe mieć, poczuć ten zapach rozchodzący się po domu, albo dochodzący z otwieranej w zimie szafy. Bardzo chciałam. A jak wiecie, chcieć to móc, więc posadziłam lawendę w ogrodzie i na tym skończyła się sielanka, bo jakoś nie chciała rosnąć, marniała, albo przemarzała w zimie, albo usychała (pomimo podlewania), ale ja uparcie sadziłam nowe krzaczki, zmieniałam im miejsce, ufając że będzie bardziej odpowiednie. I …. udało się, mam w tym roku lawendowe żniwa :-)



Nie są to może jakieś nadzwyczaj urodziwe krzaczki, ale lawenda jest cudna i nieziemsko pachnie :-) W zeszłym tygodniu urządziłam cięcie, a potem się delektowałam tym zapachem, także zmieszanym z aromatem kawy, który również uwielbiam :-)



Potem zabrałam się za plecenie moich wymarzonych fusetek. Nie jest to trudne, ale cierpliwości wymaga, a ku mojemu zaskoczeniu lawenda bardzo szybko wysychała i strasznie gubiła kwiatki:



Postanowiłam więc zmienić technikę i powiązałam odliczone pędy lawendy i włożyłam do wody. Trochę to przedłużyło ich "żywotność" ale następnym razem, będę cięła sukcesywnie.



Część lawendy od razu powędrowała do ludzi (zdradzę, że będą rewelacyjne domowe mydełka), a część została zapleciona w grubsze i cieńsze wrzeciona. Te grubsze zdecydowanie bardziej mi się podobają i następnym razem tylko takie będę robić.


i to znowu nie wszystkie, ale tylko te się załapały do zdjęć. A resztki lawendy zostały skrzętnie zebrane do woreczka, bo nic nie może się zmarnować :-)


Jestem niezmiernie zadowolona, że się w tym roku udało zebrać moją własną lawendę. Będę walczyć  o nią dalej i mam nadzieję, na powtórkę w przyszłym roku.

Na tym kończę, dziękuję za Wasze odwiedziny, pomimo czasu niesprzyjającego siedzeniu przy komputerze, a teraz pozdrawiam serdecznie

do zobaczenia

Justyna